wtorek, 25 września 2012

Rozdział 4



MUSIC



- Szybciej, Lou! Spóźnimy się! – Niall stał przed lustrem, w beżowych spodniach i białej koszulce polo, lustrując kąt pod jakim ułożył włosy i musiał przyznać, że wyszło mu to idealnie.

Jesteś bogiem!, pomyślał Niall, a potem zachichotał z własnych myśli. Nigdy nie był bogiem. Nie należał do tego typu chłopaków, do których dziewczyny lgną jak oszalałe. Wręcz przeciwnie. Kiedyś, gdy był mały, wszyscy chłopacy mieli dziewczyny, a on nie, więc poprosił swoją mamę, by z nim chodziła. Wtedy to wydawało się takie ważne! I poważne. Ale teraz… Nialla nie obchodziły zbytnio dziewczyny. Zauważył nawet, że nie patrzy się na nie tak, jak powinien. Czuł, że musi coś z tym zrobić, ale tak do końca nie wiedział, co. Czy było z nim coś nie tak?

Kiedyś przyłapał się na tym, że wodzi oczami po ciele Louisa, kiedy ten wyszedł w samym ręczniku na biodrach, prosto spod prysznica. I to nie było by nic dziwnego. Gdyby w tamtym momencie nie przeszły mu ciarki po plecach i nie odwrócił wzroku niczym zawstydzona nastolatka. Louis nie pociągał go zbytnio, chociaż był przystojny.

Chodziło jedynie o sam fakt, że… no właśnie, że co? Że fizycznie spodobał mu się mężczyzna?

Niall otrząsnął się z myśli, ostatni raz poprawiając koszulę. Josh wyszedł z ich sypialni tylko w jednej skarpetce i zajrzał pod wytartą beżową kanapę stojącą w salonie, na której walało się dosłownie wszystko, od brudnych ubrań po pudełka po pizzy.

- Widziałeś moją drugą skarpetkę? Taką niebieską – Josh pokazał Niallowi tą, którą miał na nodze.

- Sprawdź w koszu na brudy. – poradził mu Niall, obracając się do niego przodem.

- Mamy kosz na brudy? – zdziwił się Josh.

Niall westchnął z politowaniem. Mieszkali razem prawie rok, a Josh nadal nie wiedział, że mają coś takiego jak kosz na brudy? A jeśli nawet to nie zdziwił go fakt, że wszystkie ubrania, które zostawiał na podłodze, magicznie gdzieś znikały i wracały czyste? Blondyn postanowił jednak nie robić awantury Joshowi o taki drobiazg. Szczególnie, że ten wieczór miał upłynąć im na zabawie. Niall w ramach rekompensaty zaprosił Zayna (który dla zabawy zaprosił także swoich współlokatorów) na mecz piłki nożnej do irlandzkiego pubu. Przy okazji mógł mu też postawić obiecane piwa.

Nie był pewien, gdy Zayn zaproponował, że zabierze swoich kolegów. Eda znał tylko z widzenia i raczej nie byli ze sobą bardzo zżyci. A co do drugiego kolegi… Niall nie był pewien, jaki z niego typ. Ale Zayn nigdy nie należał do takich, którzy zadają się z grzecznymi chłopczykami. Przecież jego ksywa brzmiała Bradford Bad Boy. I mówiła sama za siebie.

- Jesteeem! – krzyknął Louis, poprawiając zmierzwione włosy – Jak wyglądam?

- Louis, idziesz na spotkanie z facetami – burknął Josh – Ważne jest tylko, byś nie śmierdział i nie miał tygodniowej bielizny.

Louis wykrzywił się nieznacznie, a Niallowi zapaliła się mała lampka w umyśle, jak w kreskówkach, gdy bohater wpadał na coś nieoczekiwanego.

- Lou, chyba po naszym wieczorku nie idziesz na randkę? – zapytał Niall, unosząc wysoko brwi.

Louis przystąpił z nogi na nogę, jakby złapano go na robieniu czegoś złego. Ale czy randka w ciemno rzeczywiście była czymś złym? Postanowił, że powie chłopakom prawdę, by potem nie zasypywali go gradem pytań:

- Danielle umówiła mnie na randkę w ciemno ze swoją znajomą – przyznał Lou, strzykając palcami – Powiedziała, że jest naprawdę w porządku. Więc… czemu nie? – wzruszył ramionami.

Josh i Niall spojrzeli po sobie. Louis naprawdę rzadko chodził na randki. Nie, dlatego, że nie chciał, po prostu miał zasadę, że z tancerkami ze swoich zajęć się nie umawia. A niejedna miała na niego chrapkę. A do tego należał chyba do najbardziej zapracowanych z trójki. Ciągle wracał od domu po nocach, by zarobić na swoją jedną trzecią czynszu. Ale nie narzekał, bo kochał tańczyć. A szczególnie uwielbiał patrzeć, jak przychodził na zajęcia w swoim bardzo obcisłym trykocie i wszystkie spojrzenia pań były kierowane na niego. Schlebiało mu to.

- Spóźnimy się! – Niall postukał palcem w tarczę swojego zegarka z niecierpliwością.

- Powiedział ten, który zawsze przychodzi ostatni – wytknął język Josh.

- … Który zawsze przychodzi ostatni! – przedrzeźniał Josha, Niall, robiąc dziwną minę – Zamknij się. Dziś ty prowadzisz! Masz szczęście, że Lou też ma auto, inaczej musielibyśmy jechać metrem.

- Składam ci pokłony, o wielki Louisie Tomlinsonie! – Josh udawał, że kłania się Lou, który wyjął kluczyki od auta ze swojej torby, w której trzymał trykot i inne rzeczy na zajęcia i rzucił je prosto w Josha, który ledwo zdarzył je złapać.

- Nie gadaj tyle, tylko jazda to auta – zaśmiał się Louis, wypychając Josha pierwszego z mieszkania.

- Chwila, nie mam butów! – zaprotestował Josh, a Niall i Louis wybuchli śmiechem.

***

Gdy rozgadana trójka weszła do pubu, do ich nosów doszedł ostry zapach sosu barbecue oraz żeberek i piwa. Josh na początku dziwił się, dlaczego Niall wybrał ten lokal, a dopiero potem to do niego dotarło. Bo to był irlandzki pub. Niall zawsze, gdy miał zły humor, narzekał, że wróci do Irlandii i zostawi ich samych, bo i tak nie będą za nim tęsknić. Ale Niall tęsknił za Irlandią. Musiał rzucić wszystko, co znajome, dla studiów. Ale gdyby tego nie zrobił, nigdy nie poznałby ani Josha, ani Louisa, ani Zayna. Wszystko potoczyło się tak szybko, że Londyn stał się dla niego drugim domem.

Niall rozejrzał się po lekko zadymionym pomieszczeniu, szukając przyjaciół. Gdy zauważył charakterystyczną czuprynę Zayna, od razu ruszył w tamtym kierunku. Idący za nim Lou rozglądał się wokoło, zaciekawiony różnorodnością ludzi zgromadzonych w pubie.

- Hej, Zayn! – pomachał Niall w stronę Malika, który obrócił się na krześle w jego stronę, uśmiechając się w ten specyficzny sposób.

Trzy osoby siedzące z nim podniosły głowy. Niall spojrzał ich twarzach: Liama, Eda i…

Niall prawie stanął, gdy jego wzrok spoczął na twarzy trzeciego gościa, który był prawdopodobnie nowym współlokatorem, o który opowiadał mu Zayn. Do głowy Nialla uderzyło nagle jakieś dziwne, niewytłumaczalne ciepło, które przeniosło się także na klatkę piersiową i ręce, sprawiając, że Niall musiał wytrzeć je o spodnie – tak bardzo zaczęły się pocić.

Niall przełknął ślinę, nie wiedząc, dlaczego w jego gardle nagle coś urosło – zupełnie tak samo, jak na castingu. Ale przecież tutaj nie miał się, czym denerwować. Byli tylko sami swoi… i tajemniczy chłopak… który właśnie podniósł oczy, patrząc prosto na niego.

Nialla przeszył dziwny dreszcz, gdy dwoje hipnotyzująco zielonych oczu wpatrywało się w niego z niesamowitą intensywnością i do tego stopnia zatracił się w tym spojrzeniu, że nie mógł wydusić słowa gdy razem z Joshem i Louisem podeszli do stolika. Jedyne, co mógł robić, to wpatrywać się w te oczy, okalające je długie i urocze rzęsy oraz ciemnobrązowe sprężynki, opadające falą na jedno z nich. Jasna skóra bardzo dobrze komponowała się z różowymi, jak u dziecka, pełnymi ustami chłopaka. Wyglądał jak porcelanowa lalka. Z tą różnicą, że akurat ta lalka, potrafiła mówić. I to jak…

- To Harry – przedstawił chłopakom, nowego, Ed. – Nasz nowy współlokator - Harry wstał i nerwowo wytrzepał ciemno granatowe jeansy i biały podkoszulek – A to jest Louis – Harry ucisnął rękę Lou – Josh – bębniarz uśmiechnął się do Harry’ego – I Niall.

Niall stał jak słup soli, gdy Harry uścisnął mu rękę w lekkim, ale stanowczym powitaniu.

- Hej – głos Harry’ego był głęboki i jeszcze bardziej seksowny, niż jego właściciel.

- H-hej – wyjąkał Niall, ledwo panując nad drżącym głosem.

Co się z nim działo? Dlaczego Harry wydawał mu się… inny? Inny od reszty…

Wpuścił na narożnik Louisa, by ten oddzielał go i Harry’ego od siebie. Niall nie był w stanie myśleć, co by się stało, gdyby siedzieli obok siebie, ramię w ramię, prawdopodobnie lekko ocierając się o siebie… NIE! Gdyby jedno potrząśnięcie głową miało uwolnić od wszystkich niechcianych myśli, Niall już dawno siedziałby, nie przejmując się niczym.

Gdy kelnerka podeszła, każde z nich zamówiło po piwie (oprócz Lou, który potem musiał pojechać na randkę i Liama, który zazwyczaj nic nie pił przez swoją chorą nerkę), a potem każdy zajął się każdym. Liam zapytał Nialla i Josha jak poszło im na przesłuchaniu u The Wanted, ignorując fakt, że Zayn lekko się najeżył słysząc nazwę zespołu. Więc Josh zaczął opowiadać, jak to „szczęśliwie” zakończyli przesłuchanie, on z jedną złamaną pałeczką, a Niall z obitym tyłkiem.

- Na czym grasz? – zapytał cicho Harry, Nialla, wychylając się zza Louisa.

- Na gitarze – wymamrotał Niall, po czym poczuł jak łokieć Lou uderza go w żebra.

Spojrzał na przyjaciela, który poruszył znacząco brwiami. Niall zamarł.

Czyżby Louis coś podejrzewał?, zaczął myśleć Niall, Nie, na pewno nie. Przecież to Lou, zawsze się go trzymają głupie żarty. Takie jak..

Nic Niallowi nie przychodziło do głowy, więc zignorował sugestywny wzrok Lou i uparcie wpatrywał się w zieloną podkładkę pod piwo z logiem Heinekena. Nagle wydała mu się strasznie interesująca.

- Ja gram na pianinie – odezwał się ponownie Harry, uśmiechając się lekko.

Dlaczego w tamtym momencie Niallowi wydawało się to tak cholernie seksowne?


--------------------------------------------

Tratatattaata, rozdział 4 czyli pierwsze spotkanie Narry'ego. Jaram się jak pochodnia, moje Directioners! aaaaaaaaaaaaa.

 Ale nie wiem, dlaczego, mam ostatnio fazę na Larry'ego, którego pewnie będę publikować na swoim koncie na tumblrze. lolololol, głupia jaaaaa.

Love ya! Next is Lexie's turn. xx


PS. NIE MOGĘ POWSTRZYMAĆ SIĘ PRZED DODANIEM GIFA NARRY'EGO <3

wtorek, 18 września 2012

Rozdział 3


                   Piątek nadszedł zdecydowanie zbyt szybko i Zayn, który miał ochotę załatwić sobie zwolnienie lekarskie na ten dzień nie miał już nic innego do wyboru, poza maszerowaniem do pracy. Obawiał się tych niecałych dwóch godzin, jakie miał spędzić z Nathanem w tak malutkim pomieszczeniu. Bał się, że wystarczy jedna ironiczna uwaga rzucona w kierunku tego słynnego chłoptasia i od razu poleci na skargę do szefa. Lou podsunął mu pewien pomysł, który wykorzystał z chęcią. Na wszelki wypadek założył na przegub zwykłą gumkę recepturkę, która tonęła w towarzystwie wszystkich bransoletek, jakie miał na ręce. Miał nią strzelić, za każdym razem, kiedy przyjdzie mu na myśl jakaś kąśliwa uwaga na temat Sykes’a.
   
Był już gotowy do wyjścia. Tym razem nie założył wszystkiego w czarnym kolorze. Miał na sobie luźniejsze spodnie, które i tak idealnie opinały jego pośladki z obniżonym krokiem i niebiesko kremową bejsbolówkę. Ubrał się tak tylko i wyłącznie dlatego, że Londyn stał się na powrót zachmurzonym i ponurym miastem. Nie miał ochoty spędzać czasu w łazience, dlatego też nie nakładał na swoje włosy różnych świństw. Wyprostował je tylko, żeby grzywka opadała na jego czoło. Stał właśnie w salonie, przed dużym lustrem i poprawiał swoje nogawki, żeby ułożyły się idealnie i wyglądały dobrze pod założonymi, białymi suprami, kiedy do pokoju wparował Ed. Oparł się o futrynę i wpatrywał w Zayna z ironicznym uśmieszkiem.
  
-Nie strój się tak, Sykes padnie jak cię zobaczy. – Odezwał się, uśmiechając się tak, jak miał w zwyczaju, kiedy próbował zirytować Zayna.

  -On nie jest gejem, Ed – odparł mulat, nadal skupiając się na swoich nogawkach.

  -W przeciwieństwie do ciebie.

Brunet przewrócił oczami i wyprostował się. – I co w związku z tym? – zapytał unosząc brew.

Ed westchnął głośno i uderzył się dłonią w czoło, jakby ubolewając nad wyjątkowo inteligentnymi odpowiedziami swojego brązowookiego współlokatora. – Nic Zayn, ja chciałem cię tylko ostrzec.
  
-Przed czym? – mruknął chłopak.

  -Nie zakochaj się czasem.

Zayn skomentował to głośnym prychnięciem i wyszedł z pomieszczenia, mijając Eda w drzwiach i rzucając mu na pożegnanie zwykłe „na razie”. Nie miał ochoty mu odpowiadać. Ed doskonale wiedział, że Zayn nigdy w życiu nie zakochałby się w kimś takim jak Nathan. A poza tym, on w ogóle nie szukał miłości.  Skierował się ku półeczce wiszącej niedaleko wieszaka na płaszcze, z którego wyciągnął klucze do auta, mieszkania i dokumenty. Miał już wychodzić, ale zatrzymał go krzyk jego rudowłosego kumpla.

  -Zayn! Harry dzisiaj przyjeżdża!

Nie odpowiedział. Przeklął siarczyście pod nosem i wyszedł z mieszkania trzaskając drzwiami; tak, zdecydowanie był wściekły.
* * *
   Nathan siedział zdenerwowany na niewygodnym fotelu w radiowej poczekalni. Nie chciał, żeby ochroniarz był w pobliżu, dlatego też tak po prostu kazał mu pójść do kawiarni. Skupiał się na skubaniu rękawa swojego ciemnobrązowego kardagiana. Nie lubił poznawać nowych ludzi. Zaaklimatyzowanie się w zespole nie zajęło mu dużo czasu, a to tylko dlatego, że to chłopcy dążyli do poznania siebie nawzajem. Od samego początku darzyli go ciepłymi uczuciami i starali się nim opiekować, z tego względu, że był najmłodszy w zespole, a poza tym był po przejściach. Dlatego śpiewanie wydało mu się być idealną perspektywą na życie. Mógł dzięki melodii i słowom opowiadać swoją własną historię.

  Z zamyślenia wyrwał go trzask drzwi i głośny, delikatnie zachrypnięty głos z wyjątkowo dziwnym akcentem. Nathan spojrzał w stronę chłopaka, który wszedł do środka. Stał kilka kroków od wyjścia, a do ucha przyciskał telefon komórkowy. Kiwał bezustannie głową.

  -Tak Lou.. wziąłem ze sobą. Nawet Ed się tak mną nie przejmował. Tylko dawał mi jakieś dziwaczne rady… - zamilkł na chwilę. – Obiecuję, że nie zrobię nic złego, dziwnego, potwornego… Tak Louie, nie martw się, naprawdę… tak, tak… Do zobaczenia później.

 Rozłączył się i podszedł do kontuaru, za którym siedziała wysoka, rudowłosa dziewczyna. Zapytał ją o coś szeptem.

Nathan patrzył na niego niemal przez cały czas. Z racji tego, że stał odwrócony do niego tyłem, nie musiał się obawiać, że go zauważy. Mógł bez skrupułów patrzeć na jego szczupłe ciało, wytatuowane ręce; gdyby jeszcze tylko zdjął koszulkę, na pewno zobaczyłby imponującą muskulaturę. Przewiesił przez ramię bejsbolówkę i odwrócił się w jego stronę. Speszony Nathan od razu spojrzał gdzieś indziej, a jego policzki przybrały różowego koloru.

Słyszał w swojej głowie kroki, zbliżającego się do niego chłopaka. Z każdą chwilą dudniły coraz bardziej, jakby odbijając się od jego czaszki. Usłyszał ciche mruknięcie, co zmusiło go do podniesienia wzroku.

  -Cześć – przywitał się, mógł mówić, mimo tego, że jego szczęka była zaciśnięta z całej siły, a jabłko Adama poruszało się nerwowo; wyciągnął w jego stronę dłoń. – Jestem Zayn.

Nathan od razu podniósł się na równe nogi i wpatrując w brązowe oczy chłopaka, uścisnął jego rękę.

  -Nathan, to ty masz mi dzisiaj towarzyszyć, prawda?

Skinął głową.

Krew w żyłach szatyna płynęła w zawrotnym tempie. Serce obijało się boleśnie o żebra, przyprawiając go o dyskomfort. Niemal słyszał jak organ pompuje krew. Przełknął ślinę, czując ruch grdyki. Próbował rejestrować wszystko co się dzieje wokół,  ale przychodziło to z niewielkim opóźnieniem. Zamrugał kilka razy i puścił dłoń Zayna, którą ten od razu cofnął.

  -Chodźmy na górę. Pokażę ci co i jak, żebyś zdążył na audycje – odezwał się chłodno i odwrócił się na pięcie.

Szatyn zmarszczył brwi. Nogi same poniosły go do studia. Ruchy były wykonywane mechanicznie, a sam Nathan tego nie kontrolował. Nim się spostrzegł, siedział w niewielkim pomieszczeniu, zaledwie metr od Zayna, ściskając w dłoni słuchawki.

  -Lista twoich piosenek przyszła już wczoraj. Uszykowałem je wszystkie, żebyś miał tutaj – pokazał Zayn, nadal rozmawiając z nim tym chłodnym tonem. – Jak będziesz czegoś potrzebował, to pytaj.

Nath posłał mu ciepły uśmiech. – Dzięki.

Nie odpowiedział, nie odwzajemnił gestu; Nathan okręcił krzesło, tak, że teraz siedział idealnie bokiem do niego. W każdej chwili mógł rzucić na niego okiem. Bał się odezwać, bo wyczuwał to zimno w jego głosie, widział jego wyraz twarzy. Nie chciał się narzucać, a poza tym bał się, że palnie jakieś głupstwo.

Zdecydowanie nie był już tym samym Nathanem, co kiedyś.
   
Starał się ignorować wzrok Zayna na sobie. Udawał, że nie widzi tej pogardy w jego oczach. Skupiał się na tym co miał robić, czyli na prowadzeniu audycji. Zostało mu jeszcze kilka minut do końca. Jedna piosenka i pożegnanie z fanami. Na koniec zostawił piosenkę, która miała dla niego szczególną wartość, piosenkę, z którą wiązało się wiele wspomnień. Piosenkę Bryana Adamsa – Heaven. Podczas kiedy melodia koiła jego myśli, do oczu zaczęły napływać łzy, które próbował powstrzymać, szybkim mruganiem. Ale jednej z nich nie umiał powstrzymać. Powoli spłynęła po jego policzku, kapiąc na brązowe rurki. Nie był wystarczająco silny; miał tylko cichą nadzieję, że Zayn tego nie widział.

Przełknął rosnącą w gardle gule, przepędzając na dobre płacz i odezwał się do mikrofonu, wiszącego nad jego głową.

  -To będzie na tyle, mam nadzieję, że chociaż część piosenek wam się spodobała. Gorąco pozdrawiam. Do zobaczenia na koncercie.

Zayn wyłączył mikrofon jednym kliknięciem.

  -To by było na tyle – oznajmił, przyjmując wymuszony uśmiech.

Nathan skinął głową. –Schodzisz na dół ? – zapytał.

  -Tak. – Odparł i podniósł się z krzesła, zanim szatyn zdążył cokolwiek dodać.

Wyszedł z pomieszczenia, zostawiając po sobie tylko zapach perfum i bransoletkę, którą zgubił w drzwiach. Nathan zerwał się na nogi i podniósł z podłogi szeroką na około centymetr, bransoletkę z muliny. Zacisnął ją w ręce i wyszedł, nie mając zamiaru go szukać.
* * *
   Zayn nie miał pojęcia co się z nim działo. Przebywanie w jednym pomieszczeniu z Nathanem Sykes’em sprawiało, że w jego głowie nie rodziła się żadna kąśliwa uwaga. Nie potrafił powiedzieć mu nic głupiego. Jedno głośnie stwierdził jedno: Z tym dzieciakiem jest coś nie tak. Bardzo, nie tak. To zachowanie, ten dystans, którego jeszcze nigdy nie widział u żadnej gwiazdy. Nathan, na filmikach ze swoimi przyjaciółmi nie wydawał się być tak przytłoczony.

Westchnął głośno.

  -Za dużo myślisz, Zayn – szepnął do samego siebie, kiedy już usadowił się wygodnie na siedzeniu w aucie. – I o nie właściwych osobach – dopowiedział jego umysł, wywołując uśmiech na jego twarzy.

   Musiał szybko dojechać do domu, bo podczas trwania audycji Ed zasypał jego skrzynkę wiadomościami o której będzie i co ma kupić po drodze. Jedna wiadomość na jeden produkt.. to był Ed, tylko on tak potrafił.

Droga do domu zajęła mu trochę więcej niż pół godziny. Zatrzymał samochód na stałym miejscu parkingowym i wysiadł z niego, zamykając drzwi na pilota. Uśmiechnął się pod nosem i skierował ku wejściu do dość dużej kamienicy.

   Był pewien, że Ed usłyszał szczęk zamka, bo głosy z mieszkania całkowicie ucichły. Zaśmiał się cicho i wszedł do środka, pozbywając się swoich butów.

  -Już jestem, kochanie! –zawołał i skierował się ku salonowi .

Ed siedział na sofie w towarzystwie chłopaka, z burzą loków na głowie.

  -Hej – uśmiechnął się szeroko.

  -Cześć – odwzajemnił uśmiech i dźwignął się na nogi. – Jestem Harry, a ty pewnie Zayn.

  -Jasne. Miło mi cię poznać – uścisnął wyciągniętą w jego stronę dłoń.

Po tych dwóch godzinach spędzonych z Nathanem już nie miał siły na bycie niemiłym. Zgodził się na współlokatora, więc teraz, musiał zrobić wszystko, żeby Harry poczuł się tutaj dobrze. 

-----------------
Wiem, że to duże opóźnienie, ale mam taki zapierdziel w szkole, że nie wyrabiam, a muszę też poświęcić trochę czasu znajomym.. Ale mimo woli Was przepraszam ! 
Mam nadzieję , że rozdziałem Wam to jakoś zrekompensuję !